Tydzień temu...
Sypnęło śniegiem, zawiało, zawirowało... Bo
prawdziwa zima przychodzi z przytupem! Aż policzki sie rumienią od mrozu,
marzną nosy i uszy, i ręce. A mimo to tak bardzo chce się zrobić aniołka na
śniegu, bałwana uleputać, porzucać snieżkami. To nic, że matka wrzeszczy, że
ubrania mokre, że się pochorować można. Po to mały człowiek cały czas ten
tłuszcz z rekina łyka, żeby chociaż trochę poturlać się po śniegu. Jakaś
nagroda musi być! No musi!
Matce ręce opadają, ale gdzieś w środku, tak głęboko
jakiś chochlik śmieje się w niej. Najchętniej sama by w zaspę sie zagrzebała,
nie bacząc, że tam na dole gdzieś psie kupy zimują. Pobiegałaby by matka po
śniegu... Ale buty na obcasach założyła, żeby elegancko było. No i tych nowych, wygodnych szkoda, bo się
pomoczą i zniszczą, a w efekcie nie będą już takie ładne i nowe.
Ech, ty matko... Szkoda gadać!
Biały puch oblepia czapki, kurtki, twarze. I drzewa.
Powstają kolejne aniołki. Ale co to? Prawdziwa Królowa Zima! (kosztowała 10 zł
w kiosku z tanią prasą, za 10 zł tyle magii!)
Skąd się tu wzięła? To nieistotne! Ważne, że jest!
Króluj nam, Zimo! Króluj! Oby nie za
długo...
Dzisiaj
Olej z rekina nie pomógł. Kaszel, gorączka, chociaż
kryzys już zażegnany.
Herbata z miodem, oglądanie filmów, czytanie, zabawa,
krzyki.
Sprzątanie, gotowanie, dreptanie. Tak jakoś
markotnie, bo ferie się kończą.
Matka wieczorem do sklepu idzie w nowych butach. Już
jej nie zależy.

Wszystko jest jakby ładniejsze...