środa, 19 lutego 2020

Baśka i nowiny z ogródka


Nie wiem, czy Amelia znała Józefa, ale z całą pewnością znała go Baśka. Kiedyś już o niej pisałam, ale zmieniłam jej imię. Kamuflowałam się.
Baśka zwana przez połowę wsi ciotką Baśką była wielką osobowością. Ona nosiła prawdziwe turbany na głowie. Motała je z jakichś chust. Zakładała długie spódnice i kolorowe bluzki, do tego okulary w złotych oprawkach, na łańcuszku. Kiedyś została zaproszona na wesele. Zrobiła trwałą ondulację, ale i tak oplątała ją chustami, nowymi, turkusowymi.
Urodziła się w wielkim mieście w Ameryce. Rodzice, biedni emigranci spakowali całą rodzinę i wrócili do Polski. Na biedę, na służbę, na pot i łzy. Mała Baśka pracowała u obcych ludzi, sprzątała, prała i krowy ganiała. Później pracowała w PGR. Wyszła za mąż. Po śmierci męża wróciła z jego wózkiem inwalidzkim do rodzinnej wsi. Zamieszkała u krewnego, który oddał jej połowę domu.
Ten dom – to była poezja! Starutki, drewniany, przedwojenny, z historią. Wszędzie wisiały zasłony, stare radio grało... Baśka własnym sumptem ulepszała, przybijała płyty pilśniowe, ocieplała... A wokół rosły bzy. Stare bzy liliowe. Po suchych drzewach owocowych piął się chmiel i inne pnącza.
Bo nasza wieś była bzowa, lipowa i pszczela. I była też krowia, kocia i gęsia. Bardzo zielona, a może nawet szmaragdowa.
Kiedy się przeszło wąską ścieżką wśród bzów i rozgarnęło te chmiele wiszące, można było znaleźć zniszczony wózek inwalidzki po zmarłym mężu. Siadała w nim czasem i paliła papierosy. A i tytoń sobie skręcała.
Chadzała przez wieś w swoich długich spódnicach, okutana chustami. Niegdyś dziewczynka z zapałkami. Złoty łańcuszek od okularów błyszczał, w torbie nosiła kanapki i sok malinowy. Prawdziwy, z leśnych malin.
Do lasu chodziła. Zbierała jagody, grzyby. Sprzedawała je albo suszyła, przetwarzała. Znała się na ziołach.
Las nasz jest niewysoki. Przylega do wsi. Kiedyś był wydeptany przez jagodowych zbieraczy. Pełno w nim różnego rodzaju dołów. Przez wieś przeszedł front.
Baśka często nas odwiedzała. Siadała przy kuchni i paliła papierosy. Opowiadała ze swadą, soczyście, siarczyście. Mówiła o swojej rodzinie, mężu. Przekazywała wiejskie plotki. Nigdy jej nie spytałam o numer wytatuowany na ręce.
Kupowałam jej ładne kartki świąteczne, pisałam życzenia i wysyłałam je potem amerykańskiej kuzynce.
Wodę jej przynosiłam ze studni. Dawała mi czasem cukierki.
Umarła zimą. Był mróz.
Przyśniła mi się, jak szła do lasu. Uśmiechnęła się do mnie i poszła. Chyba dobrze jej tam, gdzie jest. Lepiej niż było tu.
Mówili na nią ciotka Baśka.

Już czas na kawę!
 Rysiek zawsze skromny
 Takie wieści z ogródka!





Buziaki wiosenne:*


środa, 12 lutego 2020

Sabina, Amelia i jedyny w tym roku śnieg


Wczoraj zostałam sama w domu. Wicher wył i miałam wrażenie, że po domu hula wiatr. Położyłam się pod kocem i zasnęłam z kotem pod stopami. Obudził mnie łomot za oknem. To orkan Sabina łobuzował. Zginał wątłe drzewka do samej ziemi. W myślach opisałam jedno piękne wspomnienie. Postawiłam kropkę – w myślach. I wtedy coś zadudniło, a z kościoła doleciała mnie odegrana na organach melodia „Roty”. Musiała ją przynieść Sabina, bo normalnie nie słyszę muzyki z kościoła. Wstałam, bo zimno było pod kocem, a kot grzał za słabo. I wtedy zobaczyłam uchylone okno. To cud, że wiatr je oszczędził. Wziął sobie za to moje całkowicie opisane w myślach wspomnienie. Z kropką.
Pozostał mi jeszcze mój samotnie spędzony czas. Nie robiłam nic. Patrzyłam tylko na rozbujane przez wietrzysko gałęzie i zeszłoroczne kwiaty. Przypomniała mi się Amelia. Mieszkała w starym domku, daleko przed wojną zbudowanym, wrosłym w ziemię. W jej ogrodzie był gąszcz czerwonych róż. Chyba nikt ich nie przycinał. Gałęzie miały gęsto splątane i pełne kolców. Róże z baśni o śpiącej królewnie. Rosły tam też białe bzy, najpiękniejsze w całej wsi. U nas były liliowe. Spytałam kiedyś Amelię, czy mogę tych bzów nałamać. Popatrzyła surowo swoimi załzawionymi oczami i powiedziała, że mogę, ale tylko dla Matki Boskiej Majowej. Nałamałam więc tych gałązek z niechęcią i zastanawiałam się, co z nimi zrobić. Chciałam je mieć dla siebie. No i jak tu znaleźć Matkę Boską Majową? W kościele? Na łące? W lesie?
Amelia nosiła chustkę na głowie, ale nie wiązała jej pod brodą, tylko taki jakby turban robiła. W jej uszach połyskiwały cygańskie kolczyki. Skąd wzięła cygańskie kolczyki? Chciałam takie mieć. Skąd wzięła? Od Cyganów, którzy jeździli wtedy po wsiach. Wróżyli, handlowali i kradli. Sprzedawali pierścionki z tombaku i przekonywali, że to złoto. Wymieniali ten tombak na złoto prawdziwe. Kobiety wierzyły w cygańskie bajki. Oddawały swoje pierścionki zaręczynowe w zamian za duże, błyszczące pierścienie, które błyszczały jakiś czas, a potem ciemniały. Wierzyły we wróżby, pięknie im się wszystko zgadzało w opowieściach posępnych czarodziejek w kolorowych spódnicach.
Moje dzieci są z pokolenia tik-toka, a ja pamiętam Cyganów, którzy wróżyli i kury kradli.
Amelia była szczupła, nosiła spodnie i kolorowe sweterki. Perfumowała się na większe okazje, takie jak kółko różańcowe. Jej rówieśnice były tęgie i zakładały szerokie spódnice. Stawiały nogi szeroko i opierały ręce o brzuch. Siadały na ławkach i rozmawiały na tematy egzystencjalne. Codziennie, na starych ławkach, w cieniu bzów. Były bardzo stare. Amelia rzadko z nimi przesiadywała, ale bywała w towarzystwie, odwiedzała sąsiadki. Kiedyś też ją odwiedziłam, z babcią. Ucieszyła się bardzo i wcisnęła mi do ręki gorącą bułkę z dżemem. Jej domek to był norka krecia. Nawet wtedy wydawał się malutki. Było w nim jednak przytulnie i ciepło.
Nie pamiętam, kiedy umarła, ale na pewno to było dawno. Przyjechał spadkobierca, zburzył chatkę. Róże też umarły. Szybko postawiono nowy dom. Do tej pory nikt w nim nie zamieszkał. Oplata go chmiel, wciska się do środka.
Nikt już nie pamięta o Amelii. Może te resztki białego bzu, rosnącego na chwałę Matki Boskiej Majowej...

A taki nam śnieg spadł. Zdjęcia zrobiłam w nocy, bo rano nie miałabym czego fotografować. Tylko trawę zieloną.







wtorek, 31 grudnia 2019

Życzenia, postanowienia


Boże Narodzenie rozbłysło jak zawsze lampkami i gwiazdą, a potem zgasło. Jeszcze pędzą Mikołaje na balkonach, jeszcze świecą chińskie lampki w ogrodach, ale nikt już nie pamięta o kapuście z grzybami i innych świątecznych rarytasach, bo Nowy Rok puka do drzwi. Stary z brodą umazaną wspomnianą kapustą, w butach ubłoconych, czym prędzej umyka. Nowy – niebożątko, cielątko małe, wyglądane z utęsknieniem, przeklinane i z ulgą żegnane będzie za rok. Teraz niesie nadzieję. Galotki mu się plączą, ledwie toto idzie, ale dzielnie targa wór z nadzieją.

Zanim Nowy Rok wpadnie nam w ramiona, drżące od radości i szampana, podziękujmy Staremu za  dobre chwile. Póki jeszcze nie odszedł na dobre tam, gdzie wszystkie lata minione... 
Powiększa się składowisko tych lat, jak cmentarzysko słoni. Starzeje się człowiek, starzeje się mu Ziemia. Kurzem zarastają przeżyte dni, brody szare im rosną. Czasem pochylamy się nad nimi, żeby odgrzebać to, co radosne, jak perłę lśniącą wyciągnąć. A i zapłacze się nieraz.
Niech Nowy Rok oprócz nadziei da nam pereł cały kosz.
A teraz, zakończywszy życzenia z rozbudowanym wstępem, powiem Wam o moich postanowieniach noworocznych. Rezygnuję z mąki, bo gluten mi szkodzi, to wiem. Puchnę od pieczywa, klusek i pierogów. Wiadomo, że efektem ubocznym będzie talia osy. Wierzę (czy aby na pewno, hmm...), że to, co napisane, ma większą moc. Zadziała jak zaklęcie.
Z wora nadziei przytarganego przez Nowy Rok biorę sobie całą garść. Zadbam o siebie. Będę ćwiczyć. Więcej zrobić chyba nie dam rady. Dobrze by było, żebym mogła się wysypiać, ale to dopiero w wakacje.
Jeszcze mam inne, ciche postanowienia. Bardzo ciche.















niedziela, 13 października 2019

Co zmalowalam?


Nie czuję się dziś dobrze, ale napisałam niedawno, że wróciłam. To zobowiązuje.
Na dworze zimno, w chałupie też. Zanim napalę w kominku albo po prostu włączę ogrzewanie, co dużo prostsze jest, cofnijmy się w czasie o rok. A może i więcej... Wtedy to jako nieodrodna kurza córka (tu uściski dla moich matek blogowych - Miki i Hany) poczułam wenę i chwyciłam za pędzel, a raczej mały pędzelek z dziecięcego piórnika. Wzięłam też farby szkolne i dwa drewniane pudełka po kredkach. Pomazałam, pomazałam, wysuszyłam, a potem namalowałam kwiatki. Dziewczynkom nakazałam zrobić wałeczki z filcu i upchnąć je w pudełkach - pomysł zaczerpnięty z sieci. Potem mogły w nich układać moją drogocenną biżuterię.
Kolorowe kolczyki z papieru niestety się zgniotły. Niech będzie, że same się zgniotły. Z trudem odżałowałam.
W tym roku we wrześniu mieszkała z nami mysz. Po kilku nieudanych próbach w końcu udało nam się ją schwytać w tę wiekową, pożyczoną pułapkę. Śliczna była, ale musiała wyprowadzić się na pole.
I mam dowód, że w Narwi pływają krokodyle.
No i zobaczcie, co się dzieje z różami...













niedziela, 29 września 2019

Wróciłam


Październik puka do drzwi, szepcząc, że czas róż się już kończy. Jeszcze próbuje zatrzymać wrzesień, ale wiatr mnie smaga żółtym liściem po oczach. „Puuuuść!” - woła. To puszczam. Żal mi września, kolejny przeleciał jak sen, a ja w ciągłym niedoczasie, sprawy niezałatwione w torbę październikową wkładam. A tam długopis się wala i kartki pogniecione, rachunki niezapłacone i te zapłacone też.

Za oknem wilgoć, zgnuśnienie i rozkład. Tylko sikorki wdzięcznie przechylają główki i ostanie pszczoły kręcą się przy nasturcjach. Nasturcje moje ulubione... Kaparów z nich robić nie umiem i nie będę, ale doceniam, podziwiam. Posadzę je w przyszłym roku.

Odłożyłam opowiadania Hłaski. Kiedyś aniołem mi był, chociaż dużo pił. Dawne anioły upadają jesienią.

Dzisiaj tak naprawdę poczułam jesień. Nie słyszałam już odlatujących ptaków. Poleciały. Nie ma. Przygotowałam żółty golf na jutro.

Kończy się czas róż, hortensji i innych. Pora wracać do bloga.