Unikam podsumowań i postanowień. Podsumować całego
roku nie potrafię, a postanowień nie dotrzymuję, a raczej z góry nie wierzę w
możliwość ich dotrzymania. Dzisiaj jednak przejrzałam zdjęcia. Od stycznia do
stycznia. Te wszystkie piękne momenty uchwycone na fotografiach. Złych przecież się nie uwiecznia. Chce się pamiętać
to, co dobre. Uśmiechy dzieci, muśnięcie motyla, zaciśnięty w dłoni kłos
zboża... Uśmiechy jednak najważniejsze.
Wszystko inne schodzi na dalszy plan.
Wiem, że w tym wszystkim jestem ja. I ja schodzę na
dalszy plan. I wiem, że godzić sie nie powinnam. "Szczęśliwa, spełniona
matka - szczęśliwe dzieci" - znam to. I co z tego? Nie umiem się przebić,
wrzasnąć, że to też mój czas.
I stąd postanowienie, że czasem wrzasnę, wyjdę,
trzasnę drzwiami, zamknę uszy. Uszy! Bo najczęściej zamykam usta. To teraz
będzie inaczej. Bez krzywdy dla nikogo.
Utuliwszy najpierw, poczytawszy, pobawiwszy się i inne takie.
Z drugiej strony... Boje się takich myśli. Bo wokół
znowu coś się komuś nie udało, znowu czyjeś życie się zawaliło. Powinnam być wdzięczna, szczęśliwa. Wiem... I
jestem.
Bo tak naprawdę to czego ja chcę? No czego?
Sama nie wiem. Może szukam dziury w całym...
To może jeszcze jedno postanowienie - cieszyć się bardziej,
doceniać swoją codzienność, a jednak
szukać... siebie:)
Koniec roku







































