Odpoczywam. Leżę sobie w kołysce lata i pozwalam nieść ciepłym
wiatrom i słodkim zapachom. Złoto mi i tęczowo, kwieciście i
promieniście. Jakbym w koszu ze słomy utkanym, miękkim i puchem
wymoszczonym, zawieszonym gdzieś na gałęzi rajskiego drzewa
wisiała. Lato i sny. Tak bym chciała jeszcze trochę w tej
wakacyjnej przestrzeni lewitować, jako te ptaki niebieskie fruwać
pomiędzy niebem i ziemią, manną się żywić i deszczem…
Jeszcze trochę.
Tak sobie pisałam
kilka dni temu, niesiona na fali wakacyjnych uniesień, upojona
widokiem idealnych zdjęć instagramowych, wpisami na
temat bycia czułym dla siebie, przegryzając to czasem lekturą
„Króla” Twardocha, żeby mi poziom cukru za mocno nie skoczył.
I nagle jeeeb! Wypadłam z kołyski lata. Prosto przed biurko
(dobrze, że zdążyłam ogarnąć, nawet pulpit przyozdobiłam sobie
kwiecistą okleiną, żeby mi kiedyś tam przyjemnie było przed tym
biurkiem siedzieć), notatki w biegu kreśląc. W panice szukam
łatwych programów do montażu filmów, bo wyszłam już z wprawy.
Terminy pomyliłam i na jutro, czyli tak jakby na wczoraj muszę
stworzyć ważny projekt. Mogłabym jeszcze się pozastanawiać, czy
naprawdę ważny… Ale chyba jednak tak. Siedzę zatem i tworzę.
Idzie mi topornie.
Lato, nie uciekaj.
Zrobię, co trzeba, a potem jeszcze przytulę trawy rozczochrane, chociaż
buty na jesień już zamówiłam.
Migawki ogrodowe, bardziej lipcowe niż sierpniowe.