wtorek, 7 października 2014

A jesień ma kocią mordkę

A u nas jesień ma kocią mordkę, jedno oko przymglone, mięciutkie futerko. I wcale nie jest ruda ani żółta. Nic sobie nie robi z tego, że jest właśnie jesienią dla nas, w nosie ma złoto i brązy, dzianinę, kasztany. W ogóle nie jest glamour. Dziecinna strasznie jak na tę porę roku. Nie zachowuje powagi. Miauczy słodko, kiedy chce jeść. Uwielbia się bawić. Ta jesień jest właśnie taka:)
Wiesz, że już zawsze będziesz kojarzyć się nam z jesienią?
Witaj w domu Maleńki:))))))))))



Zwierzęta! Cel nienasyconej ciekawości, egzemplifikacje zagadki życia, jakby stworzone po to, by człowiekowi pokazać człowieka, rozkładając jego bogactwo i komplikację na tysiąc kalejdoskopowych możliwości, każdą doprowadzoną do jakiegoś paradoksalnego krańca, do jakiejś wybujałości pełnej charakteru. Nieobciążone splotem egzotycznych interesów, mącących stosunki międzyludzkie, otwierało się serce pełne sympatii dla obcych emanacji wiecznego życia, pełne miłosnej współpracującej ciekawości, która była zamaskowanym głosem samopoznania.

B. Schulz

sobota, 4 października 2014

Matka wiesza pranie

Piękny, pogodny ranek. Piję nieśpiesznie gorącą kawę i gapię się sobie za okno. A tam bloki. Jeden z boku, drugi naprzeciwko, zaraz za małym, ładnym skwerkiem. Patrzę na ten drugi, bo wygodniej. O, znowu wyszła... Dorodna kobieta o obfitych piersiach, rozłożystych biodrach, w jasnej, cieniutkiej, różowej bluzeczce. Wczoraj o świcie pojawiła się na balkonie w samej bieliźnie. Biały biustonosz o szerokich fiszbinach niemal zlewał się z jej ciałem, bujnym niczym dobrze wyrośnięte, drożdżowe ciasto. Przeciągała się leniwie i rozglądała wokół. Ziewnąwszy przeciągle, wróciła do swojego mieszkania i zamknęła drzwi.
A teraz rozwiesza pranie. Mocno strzepuje, rozkłada sobie na piersiach pojedyncze sztuki, nawet koce, dokładnie wygładza fałdki, znowu strzepuje, rozwiesza, ściąga ze sznurka, jeszcze raz gładzi, znowu rozwiesza... Rzetelnie, z powagą i szacunkiem podchodzi do tej czynności. Różowa bluzeczka połyskuje, ciemne włosy zaczesuje palcami za uszy, kołysze biodrami. Spogląda w dal, jest zamyślona. Znowu rozkłada na piersiach pod brodą jakąś kolorową szmatkę, może to dziecięce przescieradełko albo coś podobnego. Jeśli jest matką, to matką archetypiczną, matką - rodzicielką, matką – żywicielką, świadomą swojej doniosłej roli, niezłomną. Z pewnością z namaszczeniem nalewa zupę i nigdy nie spóźnia się po dziecko do szkoły. To płodna bogini domowego ogniska, ciepła, przytulna, oddana...
Dopijam kawę i lecę rozwieszać swoje pranie. Wyszarpuję wilgotne ubrania z pralki do miski. Zakładam gruby sweter z lumpeksu, taki specjalny do wyjścia na balkon, i czapę zakładam, właśnie z choroby wyszłam i niespieszno mi do następnej. Patrzę w lustro - wyglądam jak jakiś Kozak naddnieprzański. Wymachując miską, wychodzę na mój mikrobalkon i wieszam jak leci. Nie strzepuję i nie wygładzam. Niech wiatr wygładza. A wieje dziś, że ho ho...
Z tej strony mieszkania też jest ładny widok, drzewka, ławeczki, plac zabaw, a za tym wszystkim blok, taki sam jak nasz. I widzę okna kuchenne, przysłonięte krótkimi firankami. A przy nich siedzą ludzie.  Niektórzy pewnie piją kawę i patrzą, jak matka-Polka -Kozak naddnieprzański wiesza pranie.
Ciekawe, co sobie myślą...



niedziela, 28 września 2014

Wilgoć, pleśń i tolerancja

Pada od rana. Zieleń zgniła, poszarzała, zżółkła... Jest ciężka od wilgoci, nasączona nią jak gąbka. Obślizgła, uwalana szlamem gąbka. Drzewa za oknem chwieją się, dźwigając swoje ciężkie, choć rzednące już na czubkach czapy. A deszcz je rosi, pielęgnuje wilgoć czarną, która pełznie strugami spomiędzy konarów, spada na ziemię, a potem w nią wsiąka. Potrafi ona zagnieździć się w zakamarkach, przeczekać i urodzić pleśń puszystą, srebrzystą, miękką i przebiegłą.
I takie ponure te drzewa... A wiatr porywa je do tańca. Dmucha w splątane, mokre gałęzie, czochra je jeszcze bardziej, a one wiją się niczym węże na głowie Gorgony. Niemal słyszę ich syk.
Wszystko nabrzmiałe jest od wilgoci, chmury, powietrze, drzewa, ziemia. Wciągam tę wilgoć do płuc głęboko. Zapach ma przyjemny, deszczowy, ziemny. Zaciągam się mocno, jak dymem z papierosa. Marznę. Dobrze, że w każdej chwili mogę zamknąć okno. Zamykam i cieszę się złudnym poczuciem suchości i ciepła w swoim przytulnym domku, wymoszczonej piórkami norce. Wilgoć też już tu jest, a z nią pleśń i wykichane kolczaste, rogate, niewidoczne stwory, które atakują mi gardło.
A ja tak lubię jesień. Chętnie wyżęłabym te chmury, liście, wszystko, co mokre, brudne. Wylałabym wilgoć do sedesu. Wysuszyłabym te piękne, jesienne złotogłowie, aksamity, jedwabie... Ale z bolącym gardłem to chyba nie dam rady...
Paskudny widok za oknem przypomina mi tatuaż tego chłopaka, co go razem ze Średnią widziałyśmy w sklepie ostatnio. Nie mam nic przeciwko tatuażom, jeśli ktoś ma ochotę je mieć, to proszę bardzo, nie powinniśmy się przecież ograniczać. Ja tolerancyjna bardzo jestem. I akceptuję każdą odmienność, ale to każdą. Ach, jaka ja jestem tolerancyjna. Jak zobaczyłam tego chłopaka właśnie w sklepie to prawie nic na jego temat nie pomyślałam. Tatuaż na ramieniu miał rzeczywiście imponujący. Kolorowe, ale raczej w ciemnych barwach, splątane coś, jakby smok o wielu głowach, zaczynało się gdzieś na karku, rozpływało się po ramieniu prawie do łokcia, drgało nieznacznie pod wpływem ruchu mięśni. Nie wiem, co to było, bo nie przyglądałam się dokładnie. Głowy, płomienie, języki... Podobne malowidlo, trochę mniejsze było na łydce. Chłopak był wysoki, umięśniony, ale nie za mocno, miał markowe, sportowe ubranie. Do niedawna mieszkaliśmy w sąsiedztwie podobnego młodzieńca. Tamten miał też sportowe auto i oblepiał wzrokiem młode, ładne dziewczyny przechadzające się po osiedlu. No cóż, mam obiekcje wobec takiego typu ludzi, chociaż jestem tolerancyjna.
Robiłyśmy sobie z córeczką zakupy. Było troszkę nerwowo, bo Średnia jest bardzo ruchliwym dzieckiem, ale to bardzo. Udało nam się jakoś dojśc do stoiska z wędlinami. Ja dokonywałam rekonesansu, a Średnia, korzystając z chwili mojej nieuwagi, zamierzała wdrapać się na stojący oddzielnie regał z kabanosami. Obok stał Wytatuowany. Córeczka moja wgramoliła mu się na nogę, którą on, nie zauważając Calineczki obok, jej podstawił. Moje czujne oko zarejestrowalo ten moment. Maleńka, filigranowa dziewczynka zeszła z wielkiej nogi uzbrojonej w biały, sportowy but i spojrzała swym jasnym spojrzeniem do góry prosto w twarz olbrzyma. A on ze swojej wysokości spojrzał w dół, przykucnął, aż jego gładko ogolona głowa była prawie na wysokości płowej główki mojej dzieciny, i głosem pełnym najwyższego szacunku powiedział: "Przepraszam cię”. Spojrzeli sobie w oczy, Średnia uśmiechnęła się pięknie, po czym odwrócila się na pięcie i poszła grzebać w mrożonkach. A Wytatatuowany również się uśmiechnął i ruszył dalej robić swoje zakupy. I taki sympatyczny się wydał, wysoki i smukły jak koszykarz albo siatkarz. I głupio mi się zrobiło, że posądziłam miłego całkiem chłopaka o zamiar pożarcia mojej kruszynki.
Ot, taki incydent... A ile się człowiek o sobie dowiedział...


Pisałam to kilka dni temu. Dzisiaj pogoda piękna, słoneczna... Drzewa za oknem tak wdzięcznie kołyszą się pod wpływem wiatru. Złote liście wirują delikatnie... Jesień! Kasztanowa, wrzosowa, śliwkowa dama już przyszła. Piękna i melancholijna...

Jaki szlam, jakie węże? Wilgoć? Pleśń? To ja tak... Ojej...

sobota, 20 września 2014

Bieg wrześniowy

Wrzesień, miesiąc złota, czerwieni, śliwek, wrzosów... A w tym roku pogoda we wrześniu cudna... Słońce świeci, w parku czas zwalnia, kolorowe liście leniwie spadają, wirując delikatnie, szary kot wyleguje się pod drzewem, tylko mruży te swoje zielone ślipia. On zawsze leży pod tym drzewem, spokojny jak sfinks, tylko patrzy... Może to dobry duch tego parku? I te wszędobylskie psy go nie przerażają? A niedaleko biega wiewiórka. Śmiga sobie koło zjeżdżalni dla dzieci, tylko ruda kita miga... Dwóch staruszków siedzi na ławce. Jeden rysuje coś laską na piasku. Zaśmiewają się do łez.
Park się kończy i znowu kostka brukowa zaczyna palić mi się pod nogami. Ścieżka rowerowa o tej porze pusta. Przed komendą policji jakaś uroczystość, tłumy w galowych niebieskich mundurach. Padają komendy...
Tup, tup... A ja lecę. Chciałabym podejrzeć trochę tych policjantów, ale czasu nie ma i tak jakoś głupio zaglądać przez płot bez dzieci, którym można opowiadać, że tam panie i panowie policjanci, którzy bronią porządku, a przy okazji samej zaspokoić ciekawość, bo to tak ładnie, jak oni w tych mundurach, równiutko chodzą, całymi rzędami naprzód występują...
Złociste powietrze mnie oblewa, złociste jak jesień... Złote pyłki osiadają na rzęsach, mrużę oczy, które łzawią. Nie lubię okularów przciwsłonecznych, to mam za swoje. I pędzę tak dalej, prawie nie dostrzegając nowej galerii handlowej, która rozlała się się tuż przy kościele. Biegnę, a obok płynie rzeka, szara i metaliczna. W tym mieście chyba na każdego mieszkańca przypada jeden samochód, a może i dwa.
Docieram do szkoły. Jest świetlica! Tak, wypełniłam wniosek i mam zaświadczenie o zatrudnieniu. Aha! Tak?! Staram się być przekonująca, świetlica jest nam potrzebna, urlop wychowawczy nie oznacza, że nie pracuję, to urlop na wychowanie młodszych... Dzieci zaczynają i kończą zajęcia o różnych porach... Pani ma w grupie trzydziestkę... Rozumiem... Szukam pracy, bo do starej nie wrócę... Pani też szuka pracy... Jest nić porozumienia... Decyduje dyrektor. Pani uważa, że dobrze zdecyduje. Dzięki!
Lecimy już we dwie. Przedszkole. Wciskamy guziczek. Wpuszczają nas do środka. Przedszkolaki piszczą, niektóre płaczą, bo miały nadzieję, że to po nie ktoś przyszedł. Jeden jest wyjątkowo głośny, wydziera sie do ucha pani, ogłusza ją całkowicie. Jak ona słuch odzyska? Teraz ma minę Jokera (pani nie dziecko), bo wchodzą rodzice, a ona stara się być miła, mimo że ogłuszył ją ten mały.
Młodsze zakładają buty, ogladamy wystawy z pracami. Piękne!!! A te nasze... Ach, ach!!! Moje malutkie, tak pięknie rysują, malują paluszkami, prawie nie wychodzą za linię, średnia wcale nie wychodzi. Wy moje zdolne, mądre, kruszyny... W głowie wizja - ASP!
Mkniemy we trzy... Siku!!! Wytrzymamy do domu! Musimy przystanąć, piją soczek. I dalej... Mijamy galerię, kościół... I jest park. Czas znowu na chwilę zwalnia. Zbieramy szyszki, szukamy wiewiórki... Kot na swoim miejscu. Zjeżdżamy ze zjeżdzalni. Później jeszcze raz... Wychodzimy z parku.
Idziemy przez osiedle. Czuję, jak zza zamaskowanych firankami okien patrzą na nas anonimowi... Tutaj ja też jestem anonimowa. Chociaż mam pewne wątpliwości. Niedawno ktoś zawiesił nam na klamce dziecięcą koszulkę, którą wiatr wybrał spośród suszącego się prania i porwał z balkonu. Ze dwa dni jej nie było.
Dochodzimy do swojego bloku i wbiegamy po schodach. Szybko otwieram drzwi. Tu już czas nie pędzi i ja nie pędzę, bo buty ciskam w kąt, a na bosaka nie biegam.



sobota, 30 sierpnia 2014

List do Lu

Kochana Lu!
Nie wiem od czego mam zacząć... Wiem, że Ktoś dał Ci niedawno adres bloga, więc może przeczytasz. Ten Ktoś powiedział mi też, że kilka zdań, które kiedyś napisałam w e'mailu miały dla Ciebie takie duże znaczenie. To były słowa o Twojej matce, moje wspomnienie o niej. Wydrukowałaś je i nosisz w portfelu, żeby sobie czasem poczytać i popłakać. Traktujesz je jako pocieszenie... Wstrząsnęło mną to, bo nie byłam chyba wcześniej do końca świadoma, jak wielką wagę mogą mieć słowa wypowiadane, myśli zapisane... 
Wiesz, mam jeszcze inne wspomnienie związane z Twoją rodziną. Miałam wtedy około dziesięciu lat, odwiedziłam Was z rodzicami na Śląsku. Pamiętam brudne familoki, wychodki koło nich, dzieciaki łażące samopas. Nieswojo się tam czułam, choć Wasze mieszkanie było bezpieczne. Ty byłaś wtedy małą dziewczynką. Miałaś jasne włosy, długie do pasa. Kiedy się uśmiechałaś, robiły Ci się dołeczki w policzkach. Wyglądałaś jak mały, biały kwiatek na tym smutnym osiedlu, delikatna stokrotka na miejskim trawniku. Wyrosłaś tam i to było Twoje naturalne środowisko.
Pamiętam, że przy Waszej ulicy była jedna mała plamka zieleni, bujnej i soczystej. To był ogródek Twoich rodziców. Rosły tam piękne kwiaty, warzywa, porzeczki, agrest... I Ty tam sobie biegałaś, a nie po ulicy.
W domu było miło, ciepło. W dużym pokoju wisiał drewniany krzyż, wokół którego piął się filodendron.
A potem... Ty już wiesz najlepiej, co było potem. Dlaczego? Można próbować odpowiedzieć na to pytanie, tylko po co? Ważne jest teraz. Cieszę się tylko, że nie wessały Cię brudne podwórka, choć miały takie zakusy.
Sport to dobry pomysł na życie. Zawsze uważałam, że biegacze mają w sobie dużo szlachetności. A Ty biegasz w maratonach... Masz siłę, upór, jesteś twarda... A Pływaczka to Twoja wierna kopia.
I po co to piszę? Uważam, że życie jest darem. A Ty swój dar niesiesz, jak należy, nie pozwoliłaś go sobie odebrać, sponiewierać. Życie jest darem, Ty jesteś darem, także dla mnie. Bo w chwili, gdy doznam bezsensu, nie będę miała niczego, czego będę mogła się chwycić, przypomnę sobie, że kiedyś moje słowa pomogły dostrzec komuś sens.
Całuję Cię i ściskam mocno także Twą Siostrę Odzyskaną i Brata . Wszyscy jesteście wspaniali.



poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Dziewczynka

Podwórko było duże. Stara szopa, w której chowano różne graty, miała spróchniałe deski. Pomiędzy nią i płotem znajdowało się świetne miejsce do zabawy. Z jednej strony było wejście, z drugiej ściana obory. Za płotem rosła grusza, z której spadały na głowę soczyste ulęgałaki. Witka przyniosła tam sobie zepsute wiadro, połamane krzesełko, kilka pordzewiałych puszek. Łapała do nich ślimaki, oglądała, często niechcący dusiła, a potem płakała. Siadała na ziemi, gotowała zupy z błota i ulęgałek. Z wielkim zainteresowaniem oglądała wyłażące z ziemi dżdżownice. Dotykała je palcami, wąchała. Czasami głośno śpiewała, śmiała się do czegoś.
Lubiła stawać przy płocie, tym od drogi. Patrzyła na przechodzących ludzi. Obserwowała dzieci. Zdarzało się, że któreś wypięło do niej język. Zazwyczaj jednak nie zwracały na nią uwagi, tak jakby była powietrzem.
Nigdzie nie mogła chodzić sama. Zawsze była z nią matka. Czesała ją, ubierała, myła, karmiła. Gniewała się, kiedy Witka pluła. Za wiele rzeczy się gniewała, za sikanie w majtki, zbite szklanki, rozlaną herbatę, pobrudzone ubranie. Witka bała sie tego gniewu i smutku matki. Starała się bardzo, ale jej nie wychodziło. Dlatego biła sama siebie po rękach, bo to ich wina, że takie niezgrabne.
Chodziła razem z matką do kościoła. Umiała złożyć ręcę i patrzyła na obraz z piękną Panią i Dzieciątkiem. Pani miała niezwykłe oczy, zawsze skierowane na Witkę. Dziewczynka sprawdziła to już wielokrotnie. Kiedy tylko matka dostatecznie zatopiła się w modlitwie, cicho wychodziła z ławki i przemieszczała się w różne części świątyni. Tu kilka kroków, tam... A Pani z obrazu spoglądała ku niej, może nawet się uśmiechała... Witka czuła, że tylko w te oczy może patrzeć do woli bezkarnie. I nikt nie powie, że gapa, że głupia...
Niby nie różniła się od innych dzieci. Może była większa i grubsza od rówieśników... Poza tym wyglądała zwyczajnie. Wpatrywała się tylko w ludzi z uwagą, uporczywie. Nie wszystkim to się podobało, niektórzy pukali się w czoło. A przecież oczy są od patrzenia. Próbowała je zamykać i nie otwierać, ale wtedy się przewracała, bo nogi nie wiedziały, gdzie iść. I kolana bolały, musiała je całować, bo widziała, jak jedna pani ze wsi całuje swoją córeczkę w bolącą ją nóżkę. To powinno pomągać na ból, ale Witce nie pomagało, więc głośno płakała. Wtedy mama się znowu gniewała i szarpała za ramię, ciągnąc do domu.
Witka to ciągle mała dziewczynka, teraz uwięziona w ciele kobiety. Nadal lubi chować się do swojego kącika przy szopie, która dawno zaczęła się chylić do ziemi. Nadal wpatruje się w ludzi, głośno mówi, nie rozstaje się z matką. Wędrują tak obie do kościoła, do sklepu. Rozmawiają z sąsiadkami. Obie niemodne, ale schludnie ubrane - gapowata dziewczynka w powykręcanych butach i staruszka.
Witkę znam tylko z widzenia. Lubiłam ją kiedyś obserwować, była zabawna, szczera, spontaniczna. Przypominała mi koleżankę z wakacji i zdarzenie z nią związane. Jechałyśmy razem tramwajem i ona głośno zapytała mnie, czy nauczę ją tabliczki mnożenia. Nie bardzo rozumiałam, dlaczego starsza i większa dziewczyna prosi drobną ośmiolatkę o taką przysługę. Zdawałam sobie wtedy sprawę z jej naiwności, ale ta prośba wprawiła mnie w zakłopotanie.
Dzisiaj już wiem, że takie dzieci, naiwne, bezbronne, potrafią wiele nauczyć tych "normalnych", a to, że miałam okazję pracować też z dziećmi upośledzonymi umysłowo, traktuję jako wielki dar i zaszczyt.

Z braku odpowiedniej ilustracji do posta - widoki z  Góry Cisowej na Suwalszczyźnie.





A to widoki z Góry Zamkowej w Szurpiłach. Na górze tej mieścił się gród Jaćwingów. 




Tak to wyglądało za czasów Jaćwingów.
  Wilki czy Jaćwingowie?!
 
Które moje?
Suwalszczyzna jest boska!!!

wtorek, 5 sierpnia 2014

Grzesiek, pamiętasz?

Hej, Grzesiek, pamiętasz? No co masz nie pamiętać. Ty byłeś z tych bystrzejszych. Tamto opowiadanie... Nauczycielka od polskiego w każdej kolejnej klasie kazała nam pisać prace o tym, kim będziemy w przyszłości. Nie wiem już, co wtedy właśnie ja napisałam, ale pamiętam, że kiedy Ty czytałeś, wszyscy słuchali z wypiekami na twarzy, bo to było takie... szczere, o uczuciach, takie Twoje marzenia o tym, że jesteś żołnierzem, że przyjeżdża Twoja dziewczyna, przytulacie się, rozmawiacie... I ten, co mnie zadręczał każdego ranka, żeby mu matmę tłumaczyć, a nie pojmował jej wcale, ten też słuchał z uwagą. Chyba piątkę dostałeś za to opowiadanie.
Pamiętasz, Grzesiek, godziny wychowawcze? Wychowawca był świetnym nauczycielem, choć to raczej samouk. Nie skończył żadnych studiów, ale wtedy to nie było konieczne, żeby uczyć. Dużo czytał, pasjonował się matematyką. Przy tym był tak roztargniony... Często przychodził do szkoły w dwóch różnych skarpetkach. Czasem można go było zagadać, że zapominał o zadaniach do rozwiązania, a czasem był czujny i szybko urywał różne nasze dygresje. No i te godziny wychowawcze... Zawsze przygotowywał jakieś ciekawostki. Pamiętam jedną taką lekcję, kiedy opowiadał o bandach, które grasowały po okolicznych wsiach po drugiej wojnie światowej. Bandami nazywał partyzantów. Pytał nas, czy wiemy, że te bandy istniały. Patrzył na mnie, a ja spuściłam głowę. Tak, wiedziałam. Brat mojego dziadka należał do oddziału słynnego partyzanckiego dowódcy AK - Huzara, zginął niedaleko szkoły, ma tylko symboliczny grób, gdyż nie wiadomo, co stało się z ciałem. Dziadek mój był w więzieniu za pomoc partyzantom. Widziałam dokumenty... Ciekawa jestem, czy wychowawca nasz, czytając te słowa, spuściłby głowę... Z matematyki zawsze miałam u niego piątkę, na egzaminach wstępnych do liceum dostałam szóstkę, potem piątka na maturze... No patrz, niezła byłam z matmy, a zawsze wolałam polski...
W tamtych czasach kolekcjonowałam opakowania po czekoladach. Twój ojciec pracował w Niemczech i przynosiłeś mi takie piękne, kolorowe papierki z obrazkami przeróżnymi. Rozkładałam sobie tę moją kolekcję na podłodze. Wyglądała jak kolorowy dywan. Gdzieś to wszystko przepadło... Nie wiem gdzie, a szkoda.
Pamiętasz tę naszą maleńką szkołę ubogą? Zielono było wokół niej. Dookoła rosły ogromne topole, klony, żywopłoty... I trawa... Przy boisku był taki maleńki lasek iglasty. My, uczniowie, musieliśmy to sprzątać. To było nawet przyjemne. Za ogrodzeniem znajdowały się groby żołnierzy polskich i radzieckich. Zawsze podczas uroczystych akademii całą szkołą ruszaliśmy tam, aby uczcić pamięć poległych. Śpiewaliśmy "Wszystko, co nasze, Polsce oddamy, w niej tylko życie, więc idziem żyć..." A na koniec "Na Jej zew, w bój czy w trud, pójdzie rad harcerzy polskich ród, harcerzy polskich ród". I byli tacy, co jeszcze kilka razy powtarzali "polskich ród, polskich ród, polskich ród". Denerwowało to nauczycieli a mnie, muszę ze wstydem przyznać , śmieszyło.
Ja tych nauczycieli naszych ogromnie szanowałam i nadal szanuję. Z niektórymi dane mi było spotkać się na gruncie zawodowym, zadzierzgnąć relacje koleżeńskie. Na początku było to dla mnie coś niesamowitego, być z nimi w jednej drużynie, poznać z innej strony. Muszę stwierdzić, że dzieci widzą bardzo dużo. Ja po iluś tam latach, spotykając i na nowo poznając tych swoich belfrów, przekonałam się, że kiedyś miałam co do nich bardzo trafne spostrzeżenia. I doskonale rozumiałam, co im zawdzięczam, a co zaprzepaścili...
Grzesiek, ale Ty nie myśl sobie, że ja kiedyś coś do Ciebie... W życiu! Nie byłeś zupełnie w moim typie, ani ja w Twoim, to wiem. Pamiętam, jak kiedyś się spotkaliśmy gdzieś na mieście, a Ty powiedziałeś: "Hanka, ale z Ciebie laska się zrobiła!". No ba! Na mnie mówili Hanka, a na Ciebie Rumcajs, ale u Ciebie się nie przyjęło.
Wiesz, chciałabym, żeby moje córki miały takich kolegów. Z Tobą to można było pogadać o wszystkim, o życiu, o książkach, o bzdurach... I cieszyć się umiałeś, jak coś mi dobrze poszło.
Mam nadzieję, że tego nie przeczytasz, choć nawet imienia Ci nie zmieniłam. Tak pomyślałam, że mogłabym pogadać z Grześkiem, ale z tamtym, sprzed lat. Ten obecny, czyli Ty teraz, to już obcy człowiek. I dlatego tak trochę chaotycznie piszę, bo piszę nie do Ciebie, tylko do tamtego Grześka, a my wtedy wszyscy byliśmy chaotyczni.
Nie wiem, czy pamiętasz, ale lubiłam historię. Teraz czasami urządzam sobie takie lekcje, jadę gdzieś coś pozwiedzać, zobaczyć, przeczytać. Jeżeli wbrew moim nadziejom kiedyś tu zajrzysz, to pooglądaj sobie te zdjęcia ze skansenu w Kadzidle.
Pa, Grzesiek:)



















Kurpie... Chyba zaczynam je lubić:))))